Miejskie ogrodnictwo i rolnictwo na Nadodrzu

Koncepcja miejskiego rolnictwa jest tą, w której warto dostrzec ogromny potencjał rozwojowy dla naszego osiedla. Wobec słabych rezultatów strategii artystyczno-rzemieślniczej realizowanej na Nadodrzu w dość skromnym zakresie przez zewnętrzną „klasę kreatywną”, trzeba pilnie szukać innej strategii rozwojowej dla naszego osiedla. To, co sprawdziło się we Francji i Wielkiej Brytanii, niekoniecznie jak widać sprawdza się w Polsce, we Wrocławiu, na Nadodrzu. Do sukcesu zabrakło umiejętności komunikacyjnych, zwyczajnej zdolności dogadania się z tubylcami i rozumienia ich wizji osiedla, bez narzucania im włąsnej, zewnętrznej, urzędowej lub planistycznej.

 

Wielka szkoda, że strategia rozwoju miejskiego rolnictwa lub ogrodnictwa nie należy do wiodących pomysłów na rozwój osiedla Nadodrze. Mini- lub mikro-farmy miejskie mogłyby być doskonałą alternatywą rozwojową i promocyjną dla miasta, szczególnie dzięki bliskości „zagłębia rolniczego” czyli obszaru Wzgórz Trzebnickich sąsiadujących z Wrocławiem od północy. Chodzi nie tylko o miejskie rolnictwo naziemne, które mogłoby być realizowane w podwórzach (tzw. wnętrzach międzyblokowych) lub dziedzińcach szkół, ale także ogrodnictwo balkonowe i dachowe.Mieszkańcy powinni otrzymać od lokalnych działaczy (zarówno od samorządowych, jak i pozarządowych) solidną dawkę wiedzy i umiejętności, aby móc tworzyć swoje wiszące mikro-ogrody na tarasach, balkonach i dachach. „Na Dachach Nadodrza” – ten projekt mógłby postawić wielu mieszkańców na nogi i nie tylko ich zaktywizować, ale także dostarczyć dobrej, domowej żywności, a nawet być może stworzyć podstawy drobnej przedsiębiorczości. Tym bardziej, jeśli na osiedlu planowany jest rozwój targowisk.

 

Odrębną koncepcją rozwojową jest ogrodnictwo dachowe, tj. realizowane na rozległych stropodachach obiektów użyteczności publicznych, np. dworcach, szkołach, przychodniach, marketach i innych. Przykładowy obiekt, dworzec kolejowy Wrocław Nadodrze ma stropodachy, czyli dachy płaskie – podobnie, jak dworce japońskie, na których rozwija się miejskie ogrodnictwo. Dzięki współpracy firmy odpowiedzialnej społecznie oraz lokalnej firmy kolejowej na dachach dworców zakładane są miejskie farmy warzywno-owocowe, z których korzystają mieszkańcy lub osoby mieszkające dalej od dworca, lecz regularnie z niego korzystające, a tym samym często oczekujące na pociągi. Zamiast biernie czekać – wchodzą na dach do swego ogródka i uprawiają cebulkę. Trzymetrowy ogródek można tam wynająć na cały rok za równowartość ok. 3000 PLN. W tej cenie otrzymuje się dostęp do wiedzy i lokalnych narzędzi ogrodniczych. Czy Dworzec Nadodrze mógłby tak funkcjonować? Dla wielu to utopia, ale… przeczytajcie tutaj o tym więcej i zapalcie się do tego pomysłu 🙂

Zejdźmy zatem niżej, na ziemię. W koncepcjach rozwojowych i projektowych obszaru Nadodrza tutejsze dziedzińce i podwórka stanowią jak dotąd wyłącznie terytorium dla placów zabaw, parkingów, śmietników i boisk. To bardzo ważne funkcje, szczególnie, że przez długi czas podwóka były wyłącznie terenem parkingowo-śmieciowym. Remonty podwórek zaznaczą się w historii osiedla i miasta, jako ważna i specyficzna Era Rewitalizacji, po której mieszkańcy mają lepszy dostęp do urządzeń rekreacyjnych, a parkowanie i odbiór odpadów są bardziej uporządkowane. Zastanawiające jest jednak, dlaczego zupełnie nie wprowadza się w te projekty ogrodów warzywnych? Dlaczego miejskie ogrodnictwo i rolnictwo nie weszło w program funkcjonalno-użytkowy osiedla i poszczególnych projektów? Dlaczego Zarząd Zieleni Miejskiej zajmuje się wyłącznie zielenią ozdobną, a nie użytkową, np. społecznymi ogrodami, które w innych krajach przechodzą renesans pod nazwą „community gardens”? Jest odpowiedź na te pytania – w Polsce temat „community gardens” jest skażony negatywnymi skojarzeniami z tzw. „ogródkami działkowymi”, które pozostają pod zarządem innej instytucji, niż Zarząd Zieleni Miejskiej.

 

 

Nadszedł już czas, by złamać ten monopol, oswoić temat „działek” i pokazać mieszkańcom, że nie muszą jeździć do nich 10 km, nieomal poza miasto, tracąc na to 2x więcej czasu i generując emisję spalin. Czas pokazać im, że mogą mieć swoją działkę na lokalnym podwórku, tarasie, balkonie lub… dachu.Owszem, są na Nadodrzu ogrody użytkowe, ogródki warzywno-owocowe, mikro-działki na podwórkach, ogrodzone płotkami i doglądane przez panią Halinkę lub pana Stasia. Z nich trzeba brać przykład i rozwijać tę koncepcję lokalnych działek. I wcale nie powinna to być tylko „alternatywa-spędzania-czasu-wolnego-dla-seniorów”. Moda na działkę powinna zarażać młodzież i dzieci, a także ludzi w wieku produkcyjnym, tzw. dorosłych. Nadodrze wciąż ma wysoki wskaźnik bezrobocia, więc miejskie rolnictwo i ogrodnictwo powinno być traktowane jako element strategii rozwoju przedsiębiorczości.

 

Jest jeszcze jeden powód, dla którego rozwój tej koncepcji jest PILNY: ZDROWIE DZIECI I MŁODZIEŻY, czyli docelowo – zdrowie publiczne. Dlaczego nie uczy się mieszkańców uprawy roślin użytkowych, przez co swoją skupiają wyłącznie na marketach spożywczych pełnych śmieciowego pseudojedzenia? Dlaczego na lekcjach przyrody w nadodrzańskich (i nie tylko!) szkołach nie podkreśla się tematu wykorzystania pospolitych roślin do celów użytkowych, czyli JEDZENIA? Te tematy są ciągle poboczne, mieszczą się w zaledwie kilku lekcjach skzolnych, które dzieci i tak traktują, jak zbędną wiedzę, która nie ma NIC WSPÓLNEGO z ich pomysłem życie. To trzeba zmienić. To WARTO zmieniać stale.

Nie da się wpoić nadodrzańskiej społeczności dobrych nawyków żywieniowych i społecznych (rodzinne ogrodnictwo), jeśli nie stworzy się w tym celu odpowiednich terenów. To samo powinny realizować szkoły – zakładać ogrody warzywno-owocowe i uczyć dzieci zdrowego odżywiania, bo badania dowodzą niestety, że polskie dzieci znajdują się na 1. miejscu pod względem zagrożenia otyłością. Markety spożywcze i ich tania NIBYŻYWNOŚĆ odgrywają w tym żywieniowym łańcuchu fundamentalną rolę.

Badania terenowe przeprowadzone przez eMSA Inicjatywa Edukacyjna techniką makiety mentalnej dowodzą, że dzieci chcą mieć na podwórkach ogrody z warzywami (prym wiedzie marchewka), owocami, wodą i urządzeniami rekreacyjnymi. Badania terenowe prowadzone przez Slow Food Dolny Śląsk podczas kursu WOJ: WIEDZA O JEDZENIU dowodzą, że dzieci miejskie mają ogromny problem z dostępem do zdrowej i lokalnej żywności, że ten temat w szkołach praktycznie NIE ISTNIEJE, bo nawet realizacja 2-3 lekcji nie gwarantuje wcale, że dzieci wpoją tę wiedzę i zastosują ją w życiu. W efekcie idą do popularnego marketu spożywczego i bezrefleksyjnie kupują pomidory z Hiszpanii. Tak, bywają pyszne, ale warto je uczulić na to, że kupowanie pomidorów z Polski ma głębszy sens.

 



Zdjęcia: Warsztaty makieciarskie dla dzieci z osiedla Nadodrze – podwórko kwartału ograniczonego ulicami: Kazimierza Jagiellończyka, Bolesława Chrobrego, Św. Wincentego i Trzebnicką / Fot. Anna Rumińska Archiwum eMSA Inicjatywa Edukacyjna

 

Rysunek: http://inhabitat.com/winning-design-re-purposes-old-school-into-an-inspiring-urban-food-center/